Podróż samolotem

Moja i Stasia przygoda z Tajlandią zaczęła się od podróży samolotem. Wybrałam linie lotnicze Finnair biorąc pod uwagę zarówno cenę jak i czas przesiadki. Lot był podzielony na 2 części. Najpierw poleciałam mniejszym samolotem godzinę i 40 minut do Helsinek, a potem 9 godzin i 20 minut do Bangkoku. Na przesiadkę miałam godzinę i dwadzieścia minut, a minimalny czas podawany na stronie internetowej przewoźnika to czterdzieści minut. Niestety w Stolicy Finlandii zaczął padać śnieg i samolot z Warszawy musiał zaczekać 40 minut, co skróciło mój czas na przesiadkę. Dostałam komunikat, że mam od razu udać się do stosownej bramki. Na międzylądowaniu nie miałam do dyspozycji wózka, został on zapakowany do dalszej drogi. Zakupiliśmy jednak wcześniej nosidło i Staś powędrował przyczepiony do mojego brzucha, co znacznie usprawniło poruszanie się po lotnisku. Samolot czekał też na innych spóźnialskich, co finalnie skończyło się również mniej więcej takim opóźnieniem jak przy pierwszym locie.

Na czas podróży z niemowlakiem na długich trasach, można wykupić specjalne siedzenie z doczepionym na ścianie łóżeczkiem. Koszt miał wynieść ponad 170 zł. Ja się długo wahałam i w końcu go nie kupiłam m.in. dlatego, że maksymalna dopuszczalna waga to 9 kg, a nasz Staś już ma pewnie 11. Z racji tego, że nikt się nie zainteresował tym specjalnym miejscem łóżeczko nie zostało zamontowane, a samo miejsce ktoś otrzymał z ekstra przestrzenią na nogi. Miałam szczęście, bo wokół mnie siedzieli sami mili i pomocni ludzie. Chociaż jak się leci do Tajlandii, to chyba tylko z dobrym nastawieniem:) Potem najbliżsi współpasażerowie przyznali, że jak zobaczyli dziecko, to byli przerażeni.  Podróż jednak upłynęła dosyć przyjemnie, na nocnych lotach dzieci po prostu dużo przesypiają.

Na stronie linii lotniczych jest podana również informacja, że na długich trasach można uzyskać od obsługi słoiczki dla dziecka, jednak są one w ograniczonej ilości. Ja ostatecznie nie karmiłam słoiczkiem, tylko piersią przede wszystkim z braku miejsca i faktu, że Staś samodzielnie jeszcze nie siedzi. Słoiczki na wszelki wypadek miałam swoje, zostały one sprawdzone na lotnisku. Na szczęście nikt nie kazał ich otwierać (pewnie dlatego, że były fabrycznie zapakowane) i przydały się na później.

Najtrudniejsze podczas lotu było moje jedzenie, bo nawet jeśli Staś się nie ruszał, to i tak będąc na moich kolanach  prawie zahaczał o rozkładany stolik. Jeśli tylko się poruszył ciężko było czegoś nie wylać. Zrezygnowałam na czas lotu z gorących napoi. Druga kwestia to moja podróż do toalety. Z jednej strony podczas lotu należy dużo pić, z drugiej strony lepiej nie, bo wydawało się to misją niemożliwą… Na szczęście dziewczyna obok powiedziała, że na wszelki wypadek może chwilę przytrzymać Stasia, a on nie miał nic przeciwko, bo cały czas się do niej uśmiechał. Przewijak w toalecie oczywiście był, ale beż żadnego pasków zabezpieczających, jak to widziałam na stacjach benzynowych i w centrach handlowych w Polsce.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *